Buruś - nr 1550/05

Wspomnienie o Burusiu - 15 marca 2010 r.
W sobotę, jak zwykle, zabrałam Burusia na spacer. Doszliśmy tylko do furtki. Zaczął wymiotować i trząść się... zadzwoniłam natychmiast po ratunek do WD - usłyszałam "niech pani go pocałuje w czółko...", ale on cierpi.. - "niech pani go pocałuje w czółko..." ale ja proszę o pomoc...
Potem został mi brutalnie odebrany (zrobimy z nim co będziemy chcieli - powiedział zastępca dyrektora) przez pracowników i zaprowadzony do geriatrium, następnie zawieziony do kliniki i konał jeszcze przez kilka tygodni... Gdy zapytałam WD czy nie lepsza byłaby eutanazja usłyszałam: "on ma umrzeć sam, tu się psów nie usypia."
Umarł w cierpieniu, w obcej klinice, wśród obcych ludzi...
tu fragmenty opinii lekarskiej....

********************************************************

9 stycznia 2010 r.

Właśnie otrzymałam cyniczną wiadomość ze schroniska, że Buruś zasnął w klinice po spacerze i że schronisko dziękuje wszystkimi za zainteresowanie tym psem...
Buruś umarł w klinice zamiast w domu, przy bliskiej osobie, a takie godne dożycie chciało mu zapewnić kilka osób.
Od kilku miesięcy ciężko chorował, jednak prawdziwe leczenie otrzymał w ostatnich dniach. Było już za późno.
Miał nie tylko ciężkie życie, ale okrutną śmierć, w bólu, samotności, z dala od bliskich mu ludzi...
To ludzie zgotowali mu taki los...

**********************************************************************

Historia Burusia zaczęła sie wiele lat temu. Buruś biegał po polach wokół schroniska. Wkrótce zaprzyjaźnił się z pracownikami i wolontariuszami. Schronisko postawiło mu budę obok bramy, był dokarmiany i na swój sposób szczęśliwy. Towarzyszył nam na spacerach z psami.
I zdarzyło się to co zadecydowało o jego późniejszym życiu. Ugryzł policjanta, przecież bronił, robił to co jego serduszko nakazywało... Niestety schronisko nie zaszczepiło przeciw wściekliźnie swojego nieformalnego podopiecznego. To zdarza się często również w odniesieniu do psów schroniskowych ale one są szczepione przy "wyjściu"...  dla Burusia to miało skutki znamienne...
Policjant uparł się aby Burusia uśpić. Pani Dyrektor udało się wynegocjować pozostawienie go przy życiu... dożywotnio w klatce...
Buruś przeżywał ogromną depresję - stracił to co kochał najbardziej. Wolność. Nie wolno było go wyprowadzać. Ponadto Buruś nie umiał chodzić na smyczy. Wtedy być może zaczęła choroba...
 Od pół roku zaczął chudnąć i marnieć..
W ostatnią sobotę zobaczyłam go bardzo cierpiącego, wymiotującego, skóra i kości. Zadzwoniłam do Pani Dyrektor.. było zamieszanie, które opisywałam a potem zawieziono go do zewnętrznej kliniki, z którą schronisko ma podpisaną umowę.
Jeszcze żyje, ale cierpi, ma usuwaną wodę z osierdzia, nie ma szans...
Powinien godnie umrzeć w zaciszu domowego ogniska. Trzy osoby deklarują chęć przygarnięcia go na dożycie... Ani Pani Dyrektor ani Miasto nie są zainteresowani takim rozwiązaniem...
A Buruś cierpi i dogorywa wśród innych cierpiących pacjentów szpitala, w obcym, mało przyjaznym miejscu, wyrwany ze swojego posłanka, bez szansy na dożycie w domu, dla jakiejś niezrozumiałej dla niego zasady...

******************************************************************************

26 grudnia 2009 r.

Ten dzień był zdominowany przez cierpienie Burusia...
Zabrałam go na spacer i gdy zobaczyłam w jakim stanie się znajduje natychmiast zadzwoniłam do Pani Dyrektor.
Gdy jej nie ma to trudno jest uzyskać pomoc i decyzje....
Powiem szczerze, myślałam o eutanazji. Patrzył na mnie pełnymi wyrzutu oczami.
Nie uśpiłabym swojego własnego psa w takiej sytuacji - dla mnie eutanazja to absolutna ostateczność. Ale Buruś cierpi w samotności, bez swojego człowieka, bez przytulania, ciepłych słów i serdeczności tak potrzebnych w cierpieniu. Wtedy ono ma jakiś sens...
Cierpienie Burusia jest spotęgowane koszmarem schroniska.
Cierpi w samotności.
Zapytałam opiekunów czy też tak uważają. Takie było ich zdanie...

Pani Dyrektor zarządziła przez telefon aby zaprowadzić Burusia pod tlen do szpitala... Zaprowadzono go jednak do geriatrium, gdzie po prostu zmienił miejsce i znalazł się w obcym dla niego otoczeniu, nowym świecie, który niepotrzebnie wprowadzał dla niego stres, dodatkowe cierpienie... jakby go miał mało.
Tak w samotności, daleko od swojego posłanka i miejsca, które uznał za dom, w nowym, nieprzyjaznym dla niego otoczeniu miał umierać?

Pracownicy nie wykonali polecenia Pani Dyrektor i zamiast pod tlen przeprowadzili Burusia do geriatarium chcąc go ukryć przed wolontariuszami i pozbyć się kłopotu.
Osoby przeprowadzające Burusia głośno śmiały się i żartowały -  z  czego... ?
Z głupiej wolontariuszki, która ze złami w oczach prosiła o pomoc dla podopiecznego, z Pani Dyrektor, która bezsilna, daleko do schroniska usiłowała pomóc, z cierpienia psa, który umierał...
Buruś potulnie szedł, ledwo szedł i zamiast odrobiny czułości otrzymał kolejną porcję cierpienia od tych, dla których jest tylko psem, dla których uczucia wolontariuszy to śmieszne fanaberie,  którzy biorą urzędnicze, wysokie pensje za to, że tu są i przechadzają się po schronisku w "białych rękawiczkach".

Na Paluchu jest dyrektor, zastępca dyrektora i liczni urzędniczy, biorący duże pieniądze, które mogłyby być przeznaczone dla psów...
Pracuje Pani Dyrektor.
Budżet Palucha jest uzależniony od liczby psów. Im więcej psów tym więcej kasy.
Tak jednak stanowi statut, dający bezgraniczną władzę i absolutny brak kontroli, ta pozostałość komunistycznej rzeczywistości...
Podobno jest zmieniany... przez schronisko...

Pani Dyrektor pracuje ponad siły . Za siebie, za swoich pracowników, do późnych godzin nocnych. Oni opuszczają schronisko gdy wybije godzina bez względu na wszystko.

Ale to Ona ich zatrudnia. zatrudnia ludzi, którzy się obijają, nie wykonują jej poleceń, a nawet sobie drwią..
Zatrudnia "prawą rękę", która wzywa policję na wolontariuszy, która w sytuacjach cierpienia psa i cierpienia jego wolontariusza mówi: "proszę się wynosić, to nasz pies i tylko my będziemy podejmować decyzje, a wam nic do tego...."
Zatrudnia opiekuna, który wymyśla i używa przemocy fizycznej w stosunku do wolontariuszy...
Zatrudnia aroganckiego pracownika biura adopcji, który odstrasza klientów...

Topik, o którym piszę w poprzednim wpisie aktualności, był właśnie ofiarą "prawej ręki"...
Dopóki tacy ludzie będę brali pensje na Paluchu nie będzie tu dobrze - na pewno nie będzie dobrze zwierzętom.
Wolontariusze przecież dadzą sobie radę, a Ci, którzy się ślepo podporządkowują absurdom, bezdusznym zakazom i nakazom po prostu nie rozumieją problemu.

Popatrzcie na cierpienie Burusia.

*************************************************************