9 stycznia 2009 r.

Dzisiejszy dzień jest jednym z tych najsmutniejszych na Paluchu. I chociaż śmierć jest czymś zupełnie naturalnym to czasami ma wymiar szczególnie okrutny.
 
TAk było w przypadku Burusia, psa ze schroniska na Paluchu, który miał ciężkie życie i okrutną śmierć.
 
Historia Burusia zaczęła sie wiele lat temu. Buruś biegał po polach wokół schroniska. Wkrótce zaprzyjaźnił się z pracownikami i wolontariuszami. Schronisko postawiło mu budę obok bramy, był dokarmiany i na swój sposób szczęśliwy. Towarzyszył nam na spacerach z psami.
I zdarzyło się to co zadecydowało o jego późniejszym życiu. Ugryzł policjanta, przecież bronił, robił to co jego serduszko nakazywało... Niestety schronisko nie zaszczepiło przeciw wściekliźnie swojego nieformalnego podopiecznego. To zdarza się często również w odniesieniu do psów schroniskowych ale one są szczepione przy "wyjściu"...  dla Burusia to miało skutki znamienne...
Policjant uparł się aby Burusia uśpić. Pani Dyrektor udało się wynegocjować pozostawienie go przy życiu... dożywotnio w klatce...
Buruś przeżywał ogromną depresję - stracił to co kochał najbardziej. Wolność. Nie wolno było go wyprowadzać. Ponadto Buruś nie umiał chodzić na smyczy. Wtedy być może zaczęła choroba...

Od pół roku zaczął chudnąć i marnieć..

3 tygodnie temu, w ostatnią sobotę zobaczyłam go bardzo cierpiącego, wymiotującego, skóra i kości. Zadzwoniłam do Pani Dyrektor aby interweniowała. Prosiłam o pomoc dla niego. Pracownicy nie wykonali polecenia Pani Dyrektor i zamiast do szpitala, gdzie  miano mu podać tlen zaprowadzono go do geriatrium, w którym z pewnością nie poczuł się lepiej. Nowe miejsce budziło jego niepokój spotęgowany cierpieniem fizycznym.
 
Nie jestem lekarzem, ale widziałam, że Buruś był wrakiem psa. To widać na załączonych zdjęciach, które zrobiłam 27 grudnia. Patrzył błagalnie mi w oczy jakby chciał powiedzieć, że cierpi i prosi o ulgę w tym cierpieniu.
W tych ostatnich dniach chcieliśmy coś dla niego zrobić. Każdy z nas ma juz zwierzęta, ale w takim momencie znalazło sie kilka osób, które były gotowe przyjąć go na dożycie i zapewnić godne umieranie.
Uważaliśmy, że powinien spokojnie umrzeć w zaciszu domowego ogniska, w prawdziwym domu, jakiego nigdy nie miał.
Niestety Pani Dyrektor ani Miasto nie byli zainteresowani takim rozwiązaniem...
Przewieziono Burusia do kliniki, gdzie poddawany był bolesnym zabiegom odciągania gromadzącego się krwistego płynu z otrzewnej, żołądka i męczącym badaniom... Lekarze wskazali na ogromnie cierpienie Burusia i sugerowali eutanazję.
Pani Dyrektor uznała, że Buruś umrze sam...
Dziś, 9 stycznia 2009 r., zapytałam rano Panią Dyrektor jak Buruś sie czuje. Powiedziała, ze bardzo źle. Na pytanie o eutanazję odparła, że ma umrzeć sam... Poprosiłam o pozwolenie na odwiedzenie Burusia, gdyż jestem jego wolontariuszką od wielu lat. odmówiła.... Byłam oburzona. Po 15 minutach gdy Ją spotkałam stwierdziła, że mogę pojechać co kliniki i go zobaczyć w godzinach 20.00-21.00.
Nie zdążyłam.

Uważam, że Buruś został potraktowany okrutnie w ostatnich dniach życia. Umarł w obcej klinice nie mając szans na życie, cierpiał wiele dni zupełnie niepotrzebnie, odmówiono mu kontaktu z osobami, które pokochał... Wcześniej zaniedbano jego leczenie.. gdyby nie to, być może byłby jeszcze z nami.