Ginęła w
męczarniach. Przywiązana linką holowniczą za szyję do zderzaka. Dopóki
mogła, biegła za samochodem. Gdy po dwóch kilometrach opadła z sił, auto
urwało jej głowę. To była młoda suka rasy husky, wzięta parę dni wcześniej
ze schroniska. Ludzie z Lipnicy Małej pod Nowym Targiem wszystko widzieli.
Nikt nie zareagował. W ubiegłym tygodniu sąd skazał trzech młodych mężczyzn
na karę 10 miesięcy więzienia. Ale walka trwa dalej. Towarzystwo Opieki nad
Zwierzętami każdego roku dostaje od pięciu do sześciu tysięcy sygnałów o
maltretowaniu zwierząt.
Zanim nowotarski sąd ogłosił wyrok, w internecie krążyła petycja. Kilka
tygodni wystarczyło, by pod wnioskiem o najwyższy z możliwych wymiar kary
dla przestępców podpisało się ponad sto tysięcy osób. Portale i fora
dyskusyjne pełne były sygnałów o organizacjach non profit pomagającym
zwierzętom przetrwać. Internauci wymieniali się adresami, numerami
telefonów. Ktoś zadał sobie trud spisania wszystkich działających w Polsce
stowarzyszeń, fundacji i nieformalnych grup wspierających bezpańskie psy i
koty. Doliczył się prawie 500. Większość powstała w ciągu ostatnich dwóch,
trzech lat. Gdy tę liczbę pomnożyć przez pracujących na rzecz zwierząt
ludzi, wyjdzie spora armia – setki tysięcy osób. Poszliśmy śladem tej listy.
W samej
Warszawie
błąka się od 60 do 100 tysięcy kotów. Koteria, działająca od dwóch lat na
Pradze, przeprowadza bezpłatne sterylizacje
bezdomnych
kotów. Codziennie lekarze dokonują około 10 operacji. Po kilku dniach
rekonwalescencji koty wracają tam, gdzie zostały złapane. Gdyby nie
prowadzono sterylizacji, w
stolicy
byłoby więcej kotów niż ludzi. Jedna samica może rodzić co roku od dwóch do
czterech miotów. Średnio 15 młodych. Połowa to samice zdolne do rozrodu, gdy
kończą pół roku. Od jednej samicy i jej potomstwa może pochodzić 50 nowych
kocich istnień rocznie. W ciągu pięciu lat (tyle średnio żyją koty na
wolności) jedna kocica może być teoretycznie matką, babką, pra- i
praprababką dla – uwaga – 20 milionów kotów.
Koteria ma kilkuset wolontariuszy w całym mieście. Dokarmiają koty, wyłapują
te, które się zgubiły lub zostały porzucone. Prowadzą domy tymczasowe, w
których zwierzaki czekają na nowych właścicieli. Koteria powstała dzięki
Zofii Nowak. Starsza pani z podwarszawskiej Falenicy przed śmiercią zapisała
fundacji wszystkie oszczędności. Sama przez lata pomagała kotom i psom.
Umarła dwa lata temu. Pieniądze z darowizny pozwoliły Koterii wynająć lokal,
urządzić go, wyposażyć. – Często jestem atakowana za to, że pomagam
zwierzętom, a nie na przykład głodnym dzieciom. Odpowiadam: pomóż sam, sama;
nieszczęść jest na świecie tyle, że dla każdego wystarczy – mówi Anna
Wypych, założycielka Koterii.
Krzysztof Tatar i Ireneusz Czerniejewski mieli po 18 lat, kiedy zakładali we
Wrocławiu szkołę tresury psów. Dziś są już dobrze po trzydziestce, a ich
fundacja 2 plus 4 dopiero niedawno zaczęła działać. Tatar z Czerniejewskim
szukają domów dla porzuconych psów. Już kilkadziesiąt czworonogów ma dzięki
nim właścicieli. Zwierzęta najpierw umieszczają w jednym z wielu domów
przejściowych, u wolontariuszy, głównie studentów i emerytów. Opłacają
karmę, opiekę weterynaryjną. Uczą psy posłuszeństwa. Lękliwe, czasem
agresywne, wymagają cierpliwości i fachowej opieki. Krzysztof i Ireneusz
sami zajmują się wykorzenianiem złych psich nawyków. Po dwóch, trzech,
czasem czterech miesiącach, kiedy uznają, że psa można już oddać w dobre
ręce, szukają stałego domu. Pomagają im znajomi i znajomi znajomych. W
internecie, we wrocławskich gazetach, w ulotkach zostawianych w lecznicach
weterynaryjnych publikują zdjęcia psów i krótkie opisy – charakterystyki
zwierząt.
– Wziąłem od tych chłopaków trzy psy i jedną sukę, wszystkie nierasowe, ale
bardzo kochane – opowiada Marek Sieńko, mieszkaniec jednej z podwrocławskich
miejscowości, od kilku lat emeryt. – Tym pomaganiem zwierzakom zaraziłem
swoich sąsiadów. Już wszyscy mają przynajmniej po jednym psie, a czasem
nawet więcej, bo zwierzęta czekają u nich na docelowy dom.
W Szczecinie nie ma już stoczni, ale zostały stoczniowe koty. W celu
ratowania zwierząt, którymi kiedyś opiekowali się pracownicy, powołano
Komitet Pomocy Kotom Pracującym w Stoczni, a Stowarzyszenie Zwierzęcy
Telefon Zaufania zorganizowało akcję „SOS dla stoczniowych kotów”. – Kiedy
upadła stocznia, okazało się, że na jej terenie żyje kilkaset kotów, które
nagle straciły dostęp do pożywienia – tłumaczy Teresa Piątkiewicz ze
Zwierzęcego Telefonu Zaufania. Akcja pomocy zwierzętom ruszyła rok temu. Są
ciepłe budy, jedzenie i woda. Wolontariusze szukają dla zwierząt nowych
domów. Z kilkuset kotów do przekazania w dobre ręce zostało jeszcze
kilkadziesiąt. Jeśli dobrze pójdzie, za parę miesięcy stocznia pozbędzie się
ostatnich „pracowników”.
Pani Bożena, mieszkanka osiedla w KatowicachBogucicach, jest sama. Nikt jej
nie pomaga. A ona nie umie prosić. Kilkanaście bezpańskich kotów żyjących w
piwnicach bloków jest w stanie sama wyżywić z pensji pielęgniarki
siemianowickiego szpitala. Koty ją znają, tylko jej się nie boją. Karmi je
zawsze w tym samym miejscu, na osiedlowym placyku. Ostatnio boi się
wychodzić z domu. I boi się, że koty chodzą głodne. Chłopaki z osiedla nie
dają jej żyć. Przeklinają, krzyczą, popychają. Straszą zwierzęta. Przed
świętami jeden z nich, na oko gimnazjalista, w nasuniętym na głowę kapturze
uderzył ją w twarz. Akurat niosła karmę na plac. Pobicie zgłosiła w
komisariacie. Mówiła, że właściwie nie o nią chodzi, ale o koty, bo kto
teraz je będzie karmił? Policja prowadzi dochodzenie. W sprawie pobicia,
chociaż pani Bożena prosiła, żeby to było śledztwo w sprawie kotów. Ale
kotów już dawno nikt nie widział. Pochowały się.
Współpraca Tomasz Wojciechowski
PRAWA ZWIERZĄT Koalicja dla Zwierząt – organizacja skupiająca osoby
działające w kilkudziesięciu fundacjach i stowarzyszeniach opracowała
projekt nowej ustawy o ochronie zwierząt. Poza zakazem trzymania zwierząt na
uwięzi, czyli m.in. psów na łańcuchach, projekt zakazuje też przycinania
zwierzętom uszu i ogonów w celach estetycznych, hodowli zwierząt
futerkowych. Koalicja dla zwierząt chce, aby hodowlę domową, m.in. psów,
kotów, uznać za działalność gospodarczą. Zakazuje sprzedaży zwierząt
domowych poza miejscami hodowli, a także prowadzenia schronisk dla zysku.
Autorzy proponują zwiększenie kar za zabicie zwierzęcia ze szczególnym
okrucieństwem. W takim przypadku groziłaby grzywna, ograniczenie wolności
lub pozbawienie wolności do trzech lat (obecnie są to dwa lata). W artykule
pierwszym projektodawcy ustawy piszą: „Zwierzę jako istota żyjąca, zdolna do
odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien
poszanowanie, ochronę i opiekę. Każde zwierzę wymaga humanitarnego
traktowania”. Nie wiadomo jeszcze, jakie będą losy tego projektu. Na razie
prezydent Bronisław Komorowski zwolnił Karinę Schwerzler ze stanowiska
prezydenckiego pełnomocnika ds. ochrony zwierząt. Co więcej, Komorowski w
ogóle zlikwidował to stanowisko w swojej kancelarii.