Azor - pożegnanie

 

Odszedłeś od nas po niemal dwóch latach życia w schronisku. Był piękny wrześniowy dzień, ciepła noc – znaleziono cię martwego przed budą, bo już nie miałeś siły, żeby w niej się schronić. Kiedy  zapłakałam, pomyślałam sobie, że i tak jesteś szczęściarzem -  ktoś po tobie płacze. Śmierć miałeś lekką, a dwa dni  wcześniej byłeś ze mną na spacerze, choć już tak trudno było ci iść.

 Kiedy złapano cię i zawieziono do schroniska, po dziesięciu latach wolnego osiedlowego życia, my, twoi przyjaciele z osiedla Zacisze, czuliśmy się bezradni. Należałam do tych, którzy uważali, że lepsza dla ciebie byłaby śmierć. Czas pokazał, że chyba się  myliłam. Schronisko oznaczało co prawda cierpienie, ale jednak życie, czyli nadzieję.

 Gdy pierwszy szok minął, postanowiliśmy cos robić. Pani Mariola wraz z mężem przewiozła  twoją budę, ja natomiast, na pytanie, jak pomóc Azorowi, usłyszałam od pani dyrektor Dejnarowicz: „Przywieźć  siebie”. I tak to się zaczęło: pani Mariola, pan Mieczysław i ja jeździliśmy do schroniska regularnie przez dwa lata.  Jak wszyscy wolontariusze,

„dawaliśmy siebie” w śnieżyce, szarugi i upały. By ulżyć w cierpieniu. By dać nadzieję.

 Najpierw załatwiałeś swoje potrzeby w budzie, potem na zewnątrz., ale tylko nocą. Podczas pierwszych naszych wizyt  trzeba było wpełzać do budy, żeby cię pogłaskać.  Stopniowo zacząłeś do nas wychodzić, ale gdy tylko oddalaliśmy się, szybko chowałeś się z powrotem. Cały pierwszy rok walczyłeś o odzyskanie wolności. Nocą ściągałeś  obrożę  (Bóg raczy wiedzieć, jakim cudem), ale nie uciekałeś, wystarczało ci, że  czujesz się wolny.

 Mniej więcej po roku pan Darek, wolontariusz, i pan Witek, twój opiekun, namówili mnie, żeby chodzić z tobą na spacery. Najpierw przy  budzie, radzili, potem coraz dalej, aż poza schronisko.  Było na początku ciężko, trzeba było cię ciągnąć  po chodniku, pośród ujadających ze wszech stron psów, przezwyciężać ból i strach.  Ale po dwóch, trzech spacerach zrozumieliśmy oboje, że to jest cena wolności, i udręka się skończyła.

 Tak, Azorku, hulaliśmy po polach, trafiały się nam zające i bażanty, a kiedyś nawet suka z cieczką (ledwo cię utrzymałam). Chyba  czułeś się szczęśliwy, prawda? W każdym razie  zaniechałeś prób ucieczki i tak się pięknie cieszyłeś, kiedy zapinałam ci smycz. Była też w twoim schroniskowym życiu piękna ruda suczka, Fredzia, z którą spędziłeś noc w budzie.

 Mariola, tak jak ja, chodziła z tobą do końca. A nieoceniony pan Mieczysław  zawsze nas zastępował, kiedy musiałyśmy wyjechać. Myślę, że każdy z nas wiele się przez te dwa lata nauczył, o ludziach i zwierzętach, i o sobie. Mariola i ja dalej jeździmy do schroniska,  pomagamy teraz innym psom.

Gościu, będąc na Paluchu, zajrzyj za pawilon kwarantanny: tam pod wysokimi topolami stoi wielka  biała buda z zatartym nieco napisem „Azor z Wyspowej”. Zatrzymaj się w biegu: Azor prosi o chwilę zadumy.  A w budzie jest pies, który potrzebuje twojego wsparcia.

                                                                                             Anna Mencwel

                                                                                            wolontariuszka

Po miesiącach pracy spacery stały się jego radością...

Mijał czas i zaczął radośnie witać swoich Wolontariuszy...

Na początku pobytu w schronisku w ogóle nie wychodził z budy...