Mój Karusek odszedł...
Trudno jest mi się zabrać
do pisania. Łzy płyną strugą. Trudno mi je powstrzymać.
Nasz kochany Karo (2816/06) zmarł w poniedziałek 9 listopada o 17.
Przez dwa i pół dnia żyliśmy nadzieją...
W sobotę zobaczyliśmy, że Karo nie wychodzi z budy. To do niego niepodobne!
Zawsze na nasz widok nieomal wychodził ze skóry z radości, oczy błyszczały
figlarnie. Ale nie w tą
sobotę. W tą sobotę miał pianę na pyszczku i spuchnięty brzuszek. Natychmiast
został zaprowadzony do szpitala i natychmiast zaczęto go ratować. Przeszedł
bardzo trudną i ciężką operację. Usunięto mu śledzionę.
W nocy miałam informację, że wybudził się z narkozy.
Następnego dnia, że podnosi głowę.
W poniedziałek w południe byłam w schronisku i wieści też dobre, choć rokowania
ostrożne.
Niestety zaczęły się problemy z krążeniem i nasz Karuś zmarł o 17.
W sobotę, kiedy staliśmy zrozpaczeni pod szpitalem, postanowiliśmy, że
natychmiast po wyjściu ze szpitala Karuś zamieszka z nami. U nas byłby
bezpieczny. Będziemy pilnować, żeby nie było nawrotów skrętu żołądka, żeby nic
mu się nie stało.
Niestety to już nie jest możliwe.
Został nam tylko smutek i pamięć o wspaniałym psiaku. Pogromcy patyczków,
łapaczu piłek, pilnym uczniu i wielkiej przylepce. To specjalnie dla niego
kupowałam sznury, piłki, kółka, szczotki. Co tydzień czekałam na kolejne
spotkanie, na zabawy, na mruczenie przy szczotkowaniu....
To tak bardzo boli, tak potwornie boli.....
Ela K.



